Wysockie loty

W marcu nadleciała nad Wrocław z Torunia i osiadła na kilkanaście dni w auli ASP chmara nowych dzieł plastycznych Anny Wysockiej, młodej artystki, która w znaczący sposób dała się zauważyć we Wrocławiu sześć lat temu w galerii „Awangarda”, gdzie prezentowała swoje rzeźbiarskie przedmioty skonstruowane z metalowych odpadów.  Nosiły one nazwę „Destruktów” i właściwie poprzez doskonałość wykonania przeczyły tej nazwie wyjątkowo silnie. Ale ten paradoks im i widzom sprzyjał. Zawieszone w przestrzeni organiczne kształty spełniały funkcję klasycznej rzeźby, choć w swoim wyrazie artystycznym z tradycyjną rzeźbą niewiele miały do czynienia. Jednym przypominały fantazyjne smoki, innym gigantycznej wielkości koniki morskie. I zdumiewały ogromem fizycznej pracy, którą artystka musiała wykonać, by osiągnąć upragniony efekt.

Owa przedmiotowość nazewnictwa w twórczości Anny Wysockiej i pozorna w nich beznamiętność: Obiekty, Destrukty, Futuroidy, Upłaszczyznowienia, zdaje się być na swój sposób znakiem rozpoznawczym artystki. Mamy tu bowiem do czynienia z pozbawionym taniej kokieterii zatajaniem plastycznej niespodzianki i zdecydowaną ucieczką od literackości.

A tymczasem na wystawianych dziełach aż kipi od emocji, stężałej siły,  gwałtownej tajemnicy kształtów czy barwy.

Tym razem na ścianach wyjątkowo niewdzięcznej w swojej banalności auli (niewiele ustępującej urokiem jenieckiemu barakowi) osiadły „Upłaszczyznowienia” – zniewalające ogromnymi rozmiarami prace ukazujące metalowe sylwetki (niejednokrotnie z wyraźnym zaznaczeniem kobiecości) wtopione w grube, warstwowe podłoże. Sylwetki owe autorka kształtowała dynamicznie, w różnych pozach i gestach, igrając z ruchem i jego raz malejącą, raz wzrastającą intensywnością. Zmienne dobarwienia tła dawały połyskliwej metaliczności postaci tajemniczą przestrzeń, gdzie uległy właśnie „upłaszczyznowieniu”. Ale te sylwety, wykrojone i pospawane z połyskującej, grubej blachy mają swoją duszę i ostry charakter, ba, nawet pewnego rodzaju wyniosłość. Mamy więc do czynienia z kolejnym paradoksem, który dodaje całości ekspozycji estetycznej pikanterii.

Anna Wysocka od czasu swojego debiutu jeszcze w okresie studiów, zaledwie kilka lat temu, kiedy pracowała nad obrazami wybrzuszając ich ciemne kolory, by zainteresować także materialną fakturą dzieła, przeszła znamienną ewolucję. Z owych wybrzuszeń bowiem wyłoniły się nowe byty – cykl gigantycznych „Futuroidów” i wspomniane już „Destrukty” – zawłaszczające przestrzeń trójwymiarową i w niej jedynie istniejące. Materia, z jakiej powstały była na tyle chropawa i zdegradowana, że tworzyło się charakterystyczne napięcie między rozkładem a ładem, między brzydotą, banalnością przedmiotu a pięknem, w jakie go przetworzono.

I oto następuje kolejny etap, pozornie związany z okresem debiutów: znów płaszczyzna malarska i znów wybrzuszenie faktury. Ale dzieje się mimo wszystko coś nowego. To nie sylwetka ludzka wynika, wybrzusza się z płaszczyzny, to płaszczyzna ulega naporowi owego „człowieka”, który bierze ją w posiadanie. Na pozór wszystko jest nieruchome, ale przecież domyślamy się, że zaledwie przed chwilą metalowy kształt był w ruchu, mościł się i walczył z podłożem, by zająć najdogodniejszą dla siebie pozycję. Jeszcze przed chwilą trwały tajemne zawirowania i chaotyczne sposobienia się do ataku, by lec nieruchomo. Jedno jest pewne – nie był w tym ruchu „metalowy człowiek” obiektem biernym, on nad nim zdecydowanie panował, o czym świadczą braki jakiegokolwiek estetycznego zmęczenia.

A teraz patrząc na uwidoczniony bezruch oczekujemy następnego etapu, bo przecież owe kształty chwilowo tylko odpoczywają, choć niektóre prowokacyjne pozy świadczą, że nie jest to jedynie odpoczynek, a rodzaj gry z odbiorcą w różnego rodzaju skojarzenia. Czekamy na kolejną fazę dynamicznej gry i szaleństwa nowego ruchu. Ku czemu? Może człowiecze kształty ulecą w przestrzeń i znikną, by powrócić na następną ekspozycję? Może odwrócą się i spojrzą nam w twarz swoim metalowym, bezokim wzrokiem? A może zakryją oblicze? Może to tylko stop-klatki z baletowych ćwiczeń, jakie w następnej fazie przyniosą zmęczenie, zawód, płacz i cierpienie, a może też radość? Na razie są stalowo piękne, nawet zbyt piękne, niemal idealne w wyrafinowanym rysunku. Zachwycają swoją istotą artystyczną.

Dlatego ma się wrażenie, że Anna Wysocka doszła do pewnego progu, gdzie musi się głęboko zastanowić nad następnym krokiem i jego konsekwencjami, który winien – jak za każdym razem – zaskoczyć widza. Mogą oczywiście dojść jeszcze  kolejne „upłaszczyznowienia” tworząc jedyną w swoim rodzaju kolekcję zdolną wymuszać znacznie korzystniejsze przestrzenie ekspozycyjne. Ale generalnie ten temat jakby się dla mnie zamknął.

Marzy mi się, by można było te dzieła Anny Wysockiej uporządkować w rodzaj olbrzymiej kostki Rubika i dać szansę widzowi dostępu do gry, w której każdy wariant byłby estetyczną niespodzianką, rysował nowe trajektorie wyobraźni, bo przecież – w odmienności od węgierskiej kostki, gdzie istnieje ograniczona liczba kolorów –  w obrębie „upłaszczyznowień” nie ma powtarzalności.

Do tej pory artystka szła zdumiewająco konsekwentnie własną, osobną drogą zarówno na poziomie idei, jak i sprawności warsztatowej. Zauważalnie i bardzo świadomie dążyła do bezwstydnej, ale zrozumiałej wyjątkowości. W ogromnej części już ją stworzyła i może być z tego dumna. Ale nie wolno jej na tym poprzestać i zapewne nie poprzestanie, bo przecież zawsze jej wyobraźnia malarska, a ogólnie rzecz ujmując – plastyczna, jest ponad naszą oczekującą wyobraźnią, a pracowitości i energii sprawczej jej nie brak.

Piotr Załuski