Anna Wysocka – w poszukiwaniu harmonii

Pierwszą rzeczą, która niemal dosłownie uderza oglądającego dzieła plastyczne młodej artystki są format i technika jej obrazów. Wielkie pilśniowe płyty na blejtramach pokryte farbą zmieszaną z piaskiem lub klejem, czasami malowane bejcą bezpośrednio na podłożu. Najważniejszym jednak elementem tych niby-obrazów są blachy. Znajdowane na złomowiskach surowe, zardzewiałe i pogięte. Cięte nożycami i przytwierdzane śrubami do płyty stają się podstawowym tworzywem artystycznym a jednocześnie nośnikiem wielorakich wartości. Te odpady współczesnej cywilizacji zdają się fascynować artystkę swoją potencjalną mocą i ukrytym w nich pięknem. Są jak złote runo dla Argonautów. Blacha pozwala na zmaganie się z oporem materii i na konstruowanie z niej mocno działających, także w sensie fizycznym, artefaktów. Już sam tak pojęty proces tworzenia jest dla Anny Wysockiej wartością. Odnajduje w nim piękno. Na płaszczyznach swoich wielkich, trójdzielnych prac wydobywa z tej martwej materii nową siłę, obdarza niespodziewanymi aspektami  nowego życia, które może dać tylko moc twórcza artysty. Pracuje szybko, intensywnie, z pełnym zaangażowaniem. Ślady tej pasji tworzenia widoczne są już w pierwszych pracach powstałych po ukończeniu studiów w 1999 roku: sześciu obrazach z cyklu „Mandala”. Przejawia sie w nich to, co wydaje się być cechą charakterystyczną młodej artystki: samodzielność w poszukiwaniu własnej drogi artystycznej i siła oddziaływania jej prac płynąca nie tylko ze wspomnianego już charakteru zastosowanego tworzywa i techniki lecz także, a może przede wszystkim, z harmonii owej materii i idei, zamysłu artystycznego i wykonania. To ona stanowi o swoistym pięknie „Mandali”, w których formy wywiedzione z koła tworzą centrum kompozycji wpisanych w pionowe, statyczne kadry poprzecinane surowymi pionami i poziomami linii i płaszczyzn. Jest w nich konstrukcyjny ład i porządek, ale jest również ogromny potencjał semantyczny. Oczywiste są skojarzenia kształtu koła z figurą idealną poszukiwaną od wieków przez filozofów, teologów, astronomów i astrologów, artystów i poetów, których nazwiska możnaby mnożyć, od Chin (gdzie do dzisiaj uznawane jest za podstwową formę tak w filozofii, jak w życiu codziennym), poprzez Tybet, Indie czy prekolumbijską Amerykę po antyczną i chrześcijańską Europę. Doskonały kształt wszelkiego bytu, początku i końca, pełnia, jedność ducha i materii, Ziemi i kosmosu, idealna harmonia i zalążek przemiany; te odwieczne odczucia związane z formą koła Wysocka podbudowuje głęboką wiedzą zaczerpniętą z dwóch êrodeł: z psychologii Junga i z religii buddyjskiej. I  chociaż zaszyfrowana figura „Absolutu” i „ideału” w jej artystycznych wcieleniach znana jest nam zarówno ze starożytnych świątyń, jak i z dysków z Fajstos (z ok. 1650-1600 r. p.n.e.) czy Chincultic (z 590 r. n.e.), z rysunków Leonarda i rozlicznych wariacji kubistów na temat koła, z owalnych pejzaży i aktów Piotra Potworowskiego – żeby wymienić tylko kilka znaczących przykładów – toruńska artystka próbuje nie tyle wpisać się w tę tradycję, co przekroczyć jej ramy. Z młodzieńczą pasją szuka własnego sposobu wyrażania swoich przemyśleń i emocji związanych z naturą świata i życia. Czy jej się to udaje? Za wcześnie wydawać jakiekolwiek ostateczne sądy, wszak jest dopiero na początku tej trudnej drogi. Ale godna podziwu jest jej pełna zaangażowania postawa i osiągnięte już rezultaty. W cyklu „Manadli” zachwycać mogą także barwy – ciepłe ugry, zgaszone czerwienie, złamane zielenie – przypominające powierzchnię ziemi, pod którą, zda się, pulsuje życie oraz chłód blach podkreślony metaliczno-zielonkawym i niebieskim tonem – niczym ślad naszych wyobrażeń o kosmosie.

Już w tych pracach pojawiają się próby, jeszcze dość surowe, nie do końca sprecyzowane, odejścia od dwuwymiarowości tradycyjnego obrazu i szukanie własnych zasad konstruowania obrazu porzez wykorzystanie trzeciego wymiaru. Tendencja ta staje się jeszcze wyraêniejsza w pracach nowszych z roku 2000 i 2001. nazwanych „Futuroidami”. I w nich tradycyjne tworzywo współczesnego przemysłu staje się artystycznym surowcem i wyzwaniem; wychodząc od resztek różnego rodzaju blach, które  pokrywa farbą, nabija śrubami, czasami poleruje tworzy kompozycje odmienne od dotychczas wykonywanych. Stanowią je wielkoformatowe postaci zwierząt, niby uskrzydlonych byków, niby walczących koni, mocne, pełne dynamiki, przedstawione jakby w locie lub bitewnym pędzie. Jedne ujęte są „z profilu”, inne (jak na przykład świetny koń) zdają się nacierać wprost na widza. Wyłaniają się z mroków czarnego lub brunatnego płaskiego tła. Ich twarde, potężne ciała – czy raczej cielska – zbudowane są z metalowych metamerów o różnorodnych kształtach i fakturach. Te dziwne stworzenia zaskakują widza swoimi niezwykłymi formami (choć przecież w naturze roi się od oryginalnych tworów fauny). Dzieje się tak zapewne dzięki sile artystycznej wizji z jej ekspresją, bogactwem i trafnością oddania ruchu, opanowaniem środków technicznych. Są jedyne i niepowtarzalne, jak ich dalecy krewni z Bramy Lwów w Mykenach, jak monumentalne wyobra¿enia zwierząt żyjących i fantastycznych wykonane w brązie i kamieniu przez artystów z Naksos, jak wspaniały koń z grobowca Wu Wei z okresu Han przedstawiony w pełnym galopie. I zdają się pochodzić z czasów równie odległych. Z przeszłości lub z przyszłości, bowiem w tych kompozycjach czas i przestrzeń tracą jakby swoją realność. Istniejąc tu i teraz „Futuroidy” ewokują niejasne przeczucie odwiecznych głębin czasu i nieznanych lądów. Mitologii, prehistorii, a może po-historii? Zdają się uosabiać groêne, pierwotne siły drzemiące w ziemi, naturze lub w naszej podświadomości. W tym sensie przestrzeń i czas, które na zawsze zostały dialektycznie połączone w szczególnej teorii względności, współistnieją w sposób metafizyczny w „Futuroidach”.

Istnieje również pewien aspekt fizyczny owego wymiaru, który mo¿na dostrzec w najnowszych pracach Wysockiej. Iluzyjna i metaforyczna głębia jej pierwszych obrazów zmieniła się w rzeczywisty relief „Futuroidów” i wydaje się stopniowo zmierzać ku formom przestrzennym.

Artystka nie kryje swojego zainteresowania rzebą i problematyką przestrzeni. Relacja dzieło sztuki – przestrzeń, tak ważna dla współczesnej rzeêby, stanie się zapewne kiedyś obszarem jej artystycznych działań. Tymczasem zyskała nieoczekiwany wymiar w salach wystawowych, w których prezentowane były obrazy toruńskiej artystki; w klasztorze św. Kazimierza w Krakowie (1999 r.), a przede wszystkim w Nowohuckim Centrum Kultury (rok 2000). Wielka powierzchnia i przestrzeń ekspozycyjna umożliwiły pokazanie całego dorobku Anny Wysockiej, a wysoce profesjonalna aranżacja jej dzieł i ich oświetlenie stworzyły nową, fascynującą swą widowiskowością całość. Powstało wnętrze parateatralne, rodzaj syntezy wynikającej z działania zsumowanych dzieł i stosunków przestrzennych oraz więzi między obrazami a widzami, którzy na równi z nimi stają się aktorami na scenie. Obrazy i widzowie są jednocześnie i aktorami, i widzami. Rodzi to całkiem nowe stosunki czasoprzestrzenne i artystyczne, które tak dobrze rozumiał Tadeusz Kantor, uważając że „malarstwo często jest teatrem, teatr – malarstwem, scenografia jednym i drugim jednocześnie, a wszystko razem totalnym happeningiem”.

Nie sposób oprzeć się refleksji, że w próbach szukania swojego miejsca w świecie i odpowiednich form wyrazu dla swojej sztuki, a więc w osobistym dialogu z naturą, w mniejszym (jak dotąd) stopniu, z tradycją artystyczną, młoda artystka z pasją i wiarą w moc sztuki wkroczyła już na własną drogę. To jej obszar wolności – piąty wymiar. Wychodząc poza tradycyjną sferę malarstwa nie niszczy w nim tego, co najbardziej wartościowe – intymności kontaktu, subtelnych związków wrażeniowych oraz intelektualnych, które powstają między dziełem a odbiorcą. Chaos współczesnego świata, chaos naszej cywilizacji nie stały się jej udziałem.

Anna Mosingiewicz